Po krótkiej rozmowie ze starcem postanowiłem poszukać informacji o potencjalnym drugim archiwum. Ukryte było gdzieś pośród zaśnieżonych szczytów gór, u podnóża których leżało niewielkie miasteczko Cerhes. Mało kto pamiętał o jego istnieniu, jego ludność zajmowała się głównie transportem lodu i świeżych ryb. Przeszło trzysta harionów temu założyła je okoliczna ludność, aby ułatwić sobie obronę przed drapieżnikami i bandytami grasującymi w okolicznych lasach. Z początku miasteczko schowane za niewielką palisadą, zaczęło rozrastać się wraz z zapotrzebowaniem na lód w innych prowincjach Heliokardu. Po latach stało się jego głównym eksporterem. Nie należało jednak do miejsc, w których można było spotkać wielu turystów czy też podróżników. Cerhes żyło swoim własnym życiem i każdy wiedział tu wszystko o każdym, a przyjezdni od razu rzucali się w oczy.
Tak było i ze mną. Mogłem pomyśleć wcześniej, żeby poprosić Świeczkę o chociażby strój podobny do miejscowych. Tymczasem mój długi, brązowy płaszcz i kapelusz z rondem definitywnie krzyczały „obcy!”. Dotarłem pod główną bramę. Krótko odpowiedziałem strażnikom, że jestem detektywem i badam sprawę dla kupca z Nox. Oczywiście kupcem tym był nie kto inny jak Lucien, a papiery, które od niego dostałem ułatwiły mi wejście do miasta.
Ruszyłem przed siebie szeroką aleją, prowadzącą przez sam środek miasta. Wokół nie zauważyłem prawie żywej duszy, pomijając tu i tam szwędające się koty. Widok ten zmieniał się wraz z nieuniknionym zbliżaniem się w kierunku głównego placu, gdzie pakowano bryły lodu do ciężarówek. Czego tu? – usłyszałem zza pleców. Tu sie pracuje, a Ty stoisz na środku przejazdu matole. Obejrzałem się za siebie i moim oczom ukazał się starszy jegomość, na oko około 80-letni. Coś w jego wyglądzie wydało mi się dziwnie znajome…
No mówię przecież, spieprzaj z drogi bo Cię zaraz ktoś przejedzie idioto. – Odezwał się ponownie. Czekaj, czekaj… Kogoś mi przypominasz…
Grzecznie zdjąłem kapelusz z głowy, żeby starzec mógł mnie sobie lepiej obejrzeć. Raczej nie sądzę, żebyśmy się znali, ale też odczułem dziwne deja vu – odparłem. Nie mogłem mu przecież powiedzieć, że w Noxie istnieje jego dokładna kopia, która na dodatek poleciła mi podróż tutaj.
Już wiem! Przypominasz mi jedną z postaci z bardzo starej księgi opowiadającej o „Losach Przedwiecznych”. Gdyby nie ta szrama na Twojej twarzy i broda to z pewnością wyglądałbyś jak Seraphim.
No nie, tego już było za wiele. Skąd do cholery ten staruch może znać moje prawdziwe imię? I o jakiej księdze on mówi? Przecież wszystkie zapiski z poprzednich dziejów zostały zniszczone przez kataklizm. Czyżby w tym mieście pozostały jakieś białe kruki opisujące Stróżów? Dziadku – zacząłem. Co to za księga, ta, o której wspomniałeś? Czy mogę gdzieś znaleźć kopię do przeczytania? Z miłą chęcią sprawdzę, do kogo tak bardzo jestem podobny – ostatnie zdanie wypowiedziałem lekko uśmiechając się pod nosem.
Jak już wspomniałem jest to bardzo stara księga. Jest przekazywana w naszej rodzinie z pokolenia na pokolenie. Opowiada o jakiejś przedwiecznej wojnie czy czymś w ten deseń. Obecnie jest w posiadaniu mojego prawnuka, Jasona. O tej porze dnia powinien być w ratuszu, a księgę zawsze nosi przy sobie – odparł.
Dziękuję, bardzo mi to pomoże w poszukiwaniu tego, po co tu przybyłem. Do zobaczenia Panie…
Fox, Aldebard Fox. Następnym razem nie plątaj się na środku ruchliwego placu bo na prawdę zrobisz sobie krzywdę – rzucił na odchodnym. Pora w takim razie odszukać Jasona Foxa.
