Kategoria: (Pod)upadły Anioł

Główny cykl świata. Opowiadania o losach Raphaela, anioła detektywa z długą przeszłością pełną kontaktu z Mrokiem.

  • (Pod)upadły Anioł #8 – Ostatnie słowo o kataklizmie

    (Pod)upadły Anioł #8 – Ostatnie słowo o kataklizmie

    (Pod)upadły Anioł Ostatnie słowo o kataklizmie · część 9 z 9 Spis treści Następna →

    Po krótkiej rozmowie ze starcem postanowiłem poszukać informacji o potencjalnym drugim archiwum. Ukryte było gdzieś pośród zaśnieżonych szczytów gór, u podnóża których leżało niewielkie miasteczko Cerhes. Mało kto pamiętał o jego istnieniu, jego ludność zajmowała się głównie transportem lodu i świeżych ryb. Przeszło trzysta harionów temu założyła je okoliczna ludność, aby ułatwić sobie obronę przed drapieżnikami i bandytami grasującymi w okolicznych lasach. Z początku miasteczko schowane za niewielką palisadą, zaczęło rozrastać się wraz z zapotrzebowaniem na lód w innych prowincjach Heliokardu. Po latach stało się jego głównym eksporterem. Nie należało jednak do miejsc, w których można było spotkać wielu turystów czy też podróżników. Cerhes żyło swoim własnym życiem i każdy wiedział tu wszystko o każdym, a przyjezdni od razu rzucali się w oczy.

    Tak było i ze mną. Mogłem pomyśleć wcześniej, żeby poprosić Świeczkę o chociażby strój podobny do miejscowych. Tymczasem mój długi, brązowy prochowiec i kapelusz z rondem definitywnie krzyczały „obcy!”. Dotarłem pod główną bramę. Krótko odpowiedziałem strażnikom, że jestem detektywem i badam sprawę dla kupca z Nox. Oczywiście kupcem tym był nie kto inny jak Lucien, a papiery, które od niego dostałem ułatwiły mi wejście do miasta.

    Ruszyłem przed siebie szeroką aleją, prowadzącą przez sam środek miasta. Wokół nie zauważyłem prawie żywej duszy, pomijając tu i tam szwędające się koty. Widok ten zmieniał się wraz z nieuniknionym zbliżaniem się w kierunku głównego placu, gdzie pakowano bryły lodu do ciężarówek. Czego tu? – usłyszałem zza pleców. Tu sie pracuje, a Ty stoisz na środku przejazdu matole. Obejrzałem się za siebie i moim oczom ukazał się starszy jegomość, na oko około osiemdziesięcioletni. Coś w jego wyglądzie wydało mi się dziwnie znajome…

    No mówię przecież, spieprzaj z drogi bo Cię zaraz ktoś przejedzie idioto. – Odezwał się ponownie. Czekaj, czekaj… Kogoś mi przypominasz…

    Grzecznie zdjąłem kapelusz z głowy, żeby starzec mógł mnie sobie lepiej obejrzeć. Raczej nie sądzę, żebyśmy się znali, ale też odczułem dziwne deja vu – odparłem. Nie mogłem mu przecież powiedzieć, że w Noxie istnieje jego dokładna kopia, która na dodatek poleciła mi podróż tutaj.

    Już wiem! Przypominasz mi jedną z postaci z bardzo starej księgi opowiadającej o „Losach Przedwiecznych”. Gdyby nie ta szrama na Twojej twarzy i broda to z pewnością wyglądałbyś jak Seraphim.

    No nie, tego już było za wiele. Skąd do cholery ten staruch może znać moje prawdziwe imię? I o jakiej księdze on mówi? Przecież wszystkie zapiski z poprzednich dziejów zostały zniszczone przez kataklizm. Czyżby w tym mieście pozostały jakieś białe kruki opisujące Stróżów? Dziadku – zacząłem. Co to za księga, ta, o której wspomniałeś? Czy mogę gdzieś znaleźć kopię do przeczytania? Z miłą chęcią sprawdzę, do kogo tak bardzo jestem podobny – ostatnie zdanie wypowiedziałem lekko uśmiechając się pod nosem.

    Jak już wspomniałem jest to bardzo stara księga. Jest przekazywana w naszej rodzinie z pokolenia na pokolenie. Opowiada o jakiejś przedwiecznej wojnie czy czymś w ten deseń. Obecnie jest w posiadaniu mojego prawnuka, Jasona. O tej porze dnia powinien być w ratuszu, a księgę zawsze nosi przy sobie – odparł.
    Dziękuję, bardzo mi to pomoże w poszukiwaniu tego, po co tu przybyłem. Do zobaczenia Panie…

    Fox, Aldebard Fox. Następnym razem nie plątaj się na środku ruchliwego placu bo na prawdę zrobisz sobie krzywdę – rzucił na odchodnym. Pora w takim razie odszukać Jasona Foxa.

    Następna część #9 — Fox (jeszcze niedostępne)
  • (Pod)upadły Anioł #7 – Krypta

    (Pod)upadły Anioł #7 – Krypta

    (Pod)upadły Anioł Krypta · część 8 z 9 Spis treści Następna →

    Po wyjściu z klubu nie mogłem już zasnąć. Poszedłem na spacer wzdłuż doków. Zwykle pomagało mi to przemyśleć spokojnie moje dalsze decyzje. Usiadłem na krańcu zdezelowanej przez lata ławki i zacząłem przyglądać się bandzie kociaków walczących o rybią głowę. Niczym nie różnią się od ludzi, ciągle tylko wieczna walka o to, komu przypadnie większy kąsek – pomyślałem. Moją oberwację przerwało ciche chrząknięcie…

    Rafałku, a nie uważasz, że powinniśmy coś zrobić albo gdzieś już iść w związku z tymi całymi skrzydłami? – zapytała Abiliri. Nieprzyzwyczajony do jej obecności omal nie podskoczyłem ze strachu. Czerwonowłosa wypuściła nosem potężny strumień powietrza, widocznie rozbawiona moim zachowaniem. A czy nie uważasz, że po wydarzeniach z ostatnich kilku dni chciałbym chociaż przez chwilę odpocząć i spokojnie pomyśleć? – odparłem. Zdecydowanie wolałem kiedy broń była jedynie bronią, a nie irytującym towarzyszem podróży. A, no i jeszcze jedno. Nigdy, przenigdy nie nazywaj mnie Rafałkiem… Po tej krótkiej konwersacji wróciła do stanu pierwotnego.

    Wyjąłem z torby kawałek chleba, oderwałem trochę dla siebie, a pozostałości zacząłem rzucać ptakom gromadzącym się na niewielkim placu. Przejrzałem pojemnik jeszcze raz i po chwili znalazłem jeszcze jedno, wątpliwej jakości piwo. Na bezrybiu i rak ryba – pomyślałem i pośpiesznie otworzyłem butelkę. Po spożyciu tego jakże pożywnego śniadania ruszyłem w kierunku Archiwum.

    Archiwum powstało w tym miejscu jeszcze przed założeniem miasta. Jego pierwszymi budowniczymi była rasa Ferianitów – bardzo zaawansowana technicznie, wykorzystująca występujące tu niegdyś złoża feronu jako energię do swoich maszyn, golemów i mniejszej feromancji. Owa sztuka pozwalała im na tworzenie niespotykanych wcześniej urządzeń i budynków. Niektórzy z obecnych ludzi nazwali by ją magią, ale tak naprawdę miała z nią niewiele do czynienia. Ferianici zamieszkiwali te ziemie w drugiej kolejności, kilkanaście harionów po stworzeniu Tenebrisa. Jedynymi pozostałościami po tej jakże interesującej społeczności były budynki i pozostała w nich starożytna wiedza. Do tej mieli dostęp jedynie ludzie, którzy całe lata swojego życia poświęcali studiowaniu ferianickiego języka. Zakon Złotej Lilii, jak sami o sobie mówili, od setek lat odszyfrowywał zapomnianą wiedzę Ferianitów. To dzięki nim w miastach pojawiła się energia elektryczna, a pojazdy mogły poruszać się samodzielnie. Zgromadzenie posiadało zatem ogromne wpływy w całym świecie Heliokardu poprzez bycie głównym dostawcą mocy i rozwiązań technicznych. Jego członków potocznie nazywano „magami”. Działo się tak dlatego, że nie można było zrozumieć prostym umysłem tego, co osiągali i czego użyczali innym.

    Archiwum, tak jak i inne ferianickie budynki zostało zagarnięte przez Zakon i to głównie jego członkowie sprawowali nad nim pieczę. Na szczęście jeden z „magów” był bliskim znajomym, tudzież dłużnikiem Świeczki. Nie miałem więc problemu z wejściem do środka. Wnętrze zostało wykonane z czarnych, białych, złotych i zielonkawych kamieni. Dużą część ścian zdobiły mozaiki przypominające o latach świetności Ferianickiego Imperium Technologicznego. Można było na nich ujrzeć golemy, kryształy energetyczne, a także rury przesyłające skondensowaną manę, jak zwykli nazywać swoją energię ferianici.

    Mógłbym zachwycać się tym w nieskończoność, ale nie po to wysłał mnie tu ukochany braciszek. Miałem poszukać informacji o Skrzydłach. Ruszyłem w kierunku biblioteki, gdzie znajdowała się większość zbiorów zwojów, ksiąg i umów handlowych składowana tu od zamierzchłych – według ludzi – czasów. Wszystko super, tylko jak mam znaleźć igłę w takim potężnym stogu siana? Od czego miałbym zacząć i jakich wskazówek szukać? Moje rozmyślania przerwało ciche szurnięcie miotłą. Co Pan taki zamyślony? Kibelka Pan szukasz czy jak? – zapytał, na moje oko, woźny. Nieee, skądże by znowu. – zaśmiałem się niezręcznie. Szukam informacji o pewnym starożytnym przedmiocie i nie bardzo wiem gdzie mógłbym rozpocząć poszukiwania. – dodałem. Hmm, pracuję tu od kilkunastu lat i zazwyczaj najłatwiej znaleźć taką informację w księgach handlowych. Tak, myślę, że właśnie tam znajdzie Pan interesujące Pana papiery. – powiedział niezbyt szybko, jak gdyby w trakcie rozmowy zastanawiał się co może mi powiedzieć, a czego nie. Podziękowałem staruszkowi i pośpiesznie ruszyłem w kierunku działu z rachunkami, księgami wieczystymi i innymi bzdetami.

    Przejrzenie wszystkiego, co znajdowało się w „księgowości” graniczyło z cudem. Starzec niby od niechcenia zamiatał w pobliżu podłogę, jak gdyby sprawdzał, czy coś już znalazłem. Odłożyłem kolejny już zwój z zapisem sprzedaży ziół do pobliskiej apteki, kiedy kątem oka zauważyłem słowo w ferianickim oznaczające „śnieżnobiałe pióra”. Podniosłem pergamin i zacząłem czytać: Na pierwszy rzut oka możemy stwierdzić, że pióra te nie pochodzą od żadnych znanych nam zwierząt. Nie jesteśmy w stanie przyporządkować ich żadnemu gatunkowi w całym Heliokardzie. Nie wiadomo skąd się wzięły w naszym Archiwum, ale są to jedynie pojedyncze sztuki. Przesyłam Ci to śnieżnobiałe pióro drogi przyjacielu, ufając, że znajdziesz odpowiedź na nurtujące nas pytania. – reszta pergaminu była przypalona i podarta w wielu miejscach. Nie udało mi się zatem dowiedzieć niczego poza tym, że jedno z piór pojawiło się kiedyś w tym Archiwum i zostało tu przysłane z jakiegoś innego, o którym nikt z nas nie miał pojęcia. Starzec zerknął mi przez ramię na trzymany w rękach pergamin. O, znalazłeś list, który dostałem kiedyś od mojego dobrego znajomego wiele lat temu. Czyli intuicja mnie nie myliła, Ty też szukasz odpowiedzi na temat tajemniczych piór. Podobno po ich znalezieniu używane były do podpisywania najważniejszych traktatów pokojowych i handlowych pomiędzy miastami Heliokardu. – powiedział spokojnie. Czy wiesz skąd przysłano ten list? Czy to miejsce… to drugie Archiwum jeszcze istnieje? – zapytałem. Drugie Archiwum? Oj chłopcze, kiedyś to było coś o wiele potężniejszego niż obecne tu składowisko. Teraz? To jedynie krypta ukryta w górach…

    Następna część #8 — Ostatnie słowo o kataklizmie
  • (Pod)upadły Anioł #6 – Chyba sobie żartujesz!?

    (Pod)upadły Anioł #6 – Chyba sobie żartujesz!?

    (Pod)upadły Anioł Chyba sobie żartujesz · część 7 z 9 Spis treści Następna →

    Świeczka sięgnął ręką za bar i po chwili wyciągnął stamtąd plik dokumentów. Wyglądały na nieco stare, bo niektóre z kartek wydawały się być już w ostatnim stadium rozkładu. Nie mogąc w dalszym ciągu podnieść się z kanapy przez obolałe plecy, spojrzałem znacząco w kierunku brata.

    Co to za sterta papierów? I jak niby ma nam pomóc odzyskać prawdziwe skrzydła? – zapytałem.

    Cóż drogi braciszku, w czasie gdy ty chlałeś whisky i uganiałeś się za przestępcami udało mi się zlokalizować kilka miejsc, które być może doprowadzą nas do jakichś wskazówek na ich temat. – odparł.

    I pewnie chcesz, żebym to ja za tym wszystkim latał w momencie, kiedy ty grzecznie będziesz siedział w swoim klubie? A sprawdziłeś chociaż jedno z tych miejsc czy mam iść na ślepo w każde z nich i liczyć na łut szczęścia?

    Lucien uśmiechnął się tylko pod nosem i położył plik dokumentów na ławie przede mną. Nie mogąc w dalszym ciągu wstać, opadłem ponownie na kanapę i zasnąłem…

    Poczułem wiatr na swojej twarzy. Gdy otworzyłem oczy, znajdowałem się przynajmniej kilkanaście kilometrów nad ziemią. Dawno już nie doświadczyłem tego uczucia, uczucia wolności, które eksplodowało w okolicy serca i niczym impuls elektryczny rozeszło się po całym ciele, wliczając w to także skrzydła. Obejrzałem się przez ramię i zobaczyłem dwie pary śnieżnobiałych, szeroko rozpostartych anielskich skrzydeł. „O cholera” – pomyślałem, po czym bez namysłu runąłem w dół. Do oczu napłynęły mi łzy, a na ustach pojawił się szeroki uśmiech. Lot, wolność, wiatr we włosach i słońce, które ponad wiecznie obecnymi nad Noxem chmurami było prawie niewidoczne. Wszystko wydawało się zbyt piękne. Gdy tylko spróbowałem ponownie wzbić się wyżej, zacząłem niekontrolowanie spadać w kierunku ziemi. Na sekundę przed upadkiem sen zakończył się jak gdyby nigdy nic…

    Cholera, a więc jednak musi być coś w tych dokumentach skoro wróciło do mnie wspomnienie zapomnianych lotów. Wziąłem do ręki pierwszą, najcieńszą teczkę. W środku czekało na mnie kilka zdjęć, niektóre z nich, pożółkłe już, mogły mieć dobre kilkadziesiąt jeśli nie ponad sto lat. To właśnie na nich można było zauważyć długie, białe pióra w rękach jakichś biznesmenów podpisujących najwidoczniej ważne dokumenty. Dokładnie z takich piór składały się prawdziwe anielskie skrzydła, które utraciliśmy jeszcze przed postępem technologicznym wśród ludzi. To nie tak, że chcieliśmy je oddawać, zostaliśmy do tego niejako zmuszeni…

    Kiedy wygnaliśmy Tenebrisa do innego wymiaru sądziliśmy że to koniec kłopotów. Niestety szybko okazało się, że mimo wszystko jego wpływów w całym Heliokardze nie sposób było nie zauważyć. Coraz częściej mówiło się o chorobie, która jak pasożyt przejmuje miasteczko po miasteczku. Zachodzące czarną wydzieliną oczy były pierwszym co spotykało zarażonego nieszczęśnika. Wraz z upływem czasu Czerń, bo tak nazwano tą przypadłość, roznosiła się po całym ciele, w końcu docierając także do mózgu i uśmiercając swojego nosiciela. Z pozoru… Po śmierci ciało zaczynało podrygiwać w pośmiertnym tańcu, łamiąc kości, zmieniając strukturę i budowę a w końcu pozostawiało z trupa coś zupełnie niepodobnego do człowieka. Istota używała złamanych kości jak ostrzy, którymi zabijała lub zarażała kolejnych. Właśnie dlatego wspomniałem o przejmowaniu  kolejnych miejscowości. W niektórych z nich nie pozostała ani jedna żywa osoba i stały się mrocznymi cmentarzyskami, na których królowały Cienie. Choroba dopadała każdego z kim miała bezpośredni kontakt, nawet Stróżami.

    Po raz kolejny musieliśmy stanąć przed wielkim zagrożeniem dla Heliokardu i wyjść z niego zwycięsko. Taka już nasza natura. Podczas pierwszych walk zauważyliśmy, że pomimo zranienia niektórych Stróży, infekcja zdawała się nie rozprzestrzeniać a wręcz znikać z powstałych ran.  To uśpiło naszą czujność i spowodowało, że duża część z nas rzucała się w wir walki bez namysłu. Nasi kompani wracali niejednokrotnie mocno poranieni, ale rany za każdym razem zasklepiały się bez problemu. Skutecznie wyplenialiśmy zarazę Tenebrisa z naszych ziem, niemalże wypalając wszystko do gołej ziemi. Wszystko szło wspaniale, do czasu…

    Po tygodniu pierwszy anioł spadł z przestworzy łamiąc sobie kark. Chwilę później usłyszałem brzęk zbroi tych, którzy do niego dołączyli. Przeszło dwudziestu Stróży leżało martwych w popiołach palonych miasteczek, Przez chwilę ciała leżały nieruchomo, po czym ich skrzydła zaczęły zmieniać swój kolor. Śnieżnobiałe, długie pióra zaczęły ustępować miejsca dziwnie sklejonym czarnym strzępkom tego, czym jeszcze chwilę temu były. Pierwszy z odmieńców podniósł wzrok i wtedy zobaczyliśmy spływającą z jego oczu czarną maź. Na czole żywego trupa pojawił się specyficzny znak, symbol Tenebrisa… Wszyscy przemienieni poderwali się do lotu w jednym momencie i z niebywałą szybkością zniknęli z naszego pola widzenia. Przez czas trwania całej Czystki, a także po niej już więcej ich nie zobaczyliśmy.

    Ze względów bezpieczeństwa każdy Stróż musiał pozbyć się swoich Skrzydeł, a każdego, kto miał kontakt z zarażonymi zamknięto w podziemnych komnatach. Ból, który przeszył mnie gdy odcinano moje skrzydła pamiętam do dziś. Było to uczucie jakby ktoś wylał na moje plecy płynne żelazo a jednocześnie zrywał je ze mnie już po wystygnięciu. Przy każdym pociągnięciu noża wrażenie to powracało i nie dawało mi spokoju jeszcze przez kilka następnych lat. Wszystkie Skrzydła zostały ukryte w bezpiecznych miejscach, o których wiedzieli tylko nasi przywódcy. Niestety, w obecnych czasach jedynymi żywymi Stróżami jestem ja i Świeczka…

    To nie tak, że nie rozumiem jak ważne jest znalezienie Skrzydeł, w końcu to w nich zgromadzona jest nasza energia dzięki której jesteśmy w pełnej gotowości bojowej, ale ich znalezienie będzie graniczyło z cudem zwłaszcza jeśli te zdjęcia są prawdziwe. Długie pióra, które na nich widać oznaczałyby, że to ludzie dorwali się do naszych krypt…

    Następna część #7 — Krypta
  • (Pod)upadły Anioł #5 – Potrzebne nam skrzydła

    (Pod)upadły Anioł #5 – Potrzebne nam skrzydła

    (Pod)upadły Anioł Potrzebne nam skrzydła · część 6 z 9 Spis treści Następna →

    Nie wiedziałem co się stało, ostatnim co pamiętam był upadek i urwanie się filmu…

    W powietrzu unosił się znajomy zapach alkoholu, potu i wymiocin z domieszką sporej ilości feromonów. Świeczka! Gdzie jesteś i co do cholery robię w Twoim klubie? – wykrzyczałem w przestrzeń leżąc na kanapie i w dalszym ciągu nie mogąc wstać. Nikt nie odpowiadał… Ehh pewnie zostawił mnie gdzieś na zapleczu i wrócił do swoich spraw. To do niego podobne.
    W głowie kotłowało mi się wiele różnorakich myśli. Po pierwsze czy sługusi Tenebrisa wiedzą już o Foxie, po drugie czy Abiliri jest gdzieś w pobliżu i czy jest w stanie mi jakoś pomóc skoro potrafiła mnie poskładać no i po trzecie dlaczego do cholery tak boli mnie łeb i czemu niczego nie widzę…

    Odpowiedź na jedno z pytań przyszła wraz z dźwiękiem zamykanych drzwi i słyszalnym odetchnięciem z ulgą.
    Raph, myślałam… myślałam , że jednak nie udało mi się Ciebie poskładać i umarłeś. Kiedy znowu zemdlałeś myślałam już o najgorszym, słysząc jednocześnie kroki na klatce schodowej. Na całę szczęście okazało się, że to Twój brat, który wyczuł, że Tenebris wysłał coś w stronę Twojego mieszkania. – powiedziała niemalże nie biorąc oddechu.

    Spokojnie Abiliri, nic mi nie jest, no może poza tym, że nie jestem w stanie się podnieść z łóżka i nic nie widzę… – odparłem próbując ją uspokoić.
    No tak, głupek ze mnie, zaczekaj chwilę.
    Sekundę później poczułem jej ręce na moich ramionach, które postawiły mnie do pozycji siedzącej. Później te same ręce znalazły się na mojej głowie, zdejmując, jak się okazało, bandaż, którym była owinięta. Gdy odsłaniała moje oczy zobaczyłem na jej twarzy widoczne ślady łez. Nigdy nie podejrzewałbym broni o uczucia, ale z drugiej strony jeszcze niedawno nie wiedziałem, że potrafi zmienić się w osobę. Ciekawe jak długo może pozostać w tym sta… Moja myśl urwała się w tym samym momencie, w którym złapałem rękojeść ostrza końcówkami palców.

    Po raz drugi usłyszałem zamykające się drzwi. Do pokoju wszedł Świeczka, podszedł bez słowa do barku i nalał trochę whisky do dwóch szklanek.
    Masz, może dzięki temu szybciej wrócisz do siebie. – powiedział z wyczuwalnym niepokojem w głosie. Raph, tę chimerę wysłano żeby Cię zabiła… Gdyby nie twoja broń… Zostałbym ostatnim z nas…
    Widać było, że nie do końca wie co ma mi powiedzieć, każde słowo najpierw kotłowało się w jego głowie żeby finalnie wydostać się z ust. Dobrze wiesz, że nie mam ochoty nadstawiać karku w terenie. Jedynym co mogłęm zrobić na ten moment było wysłanie moich ludzi do pilnowania tego detektywa. Musisz jak najszybciej zebrać siły, ale samo to nie wystarczy… Musimy odzyskać nasze prawdziwe skrzydła…

    Następna część #6 — Chyba sobie żartujesz
  • (Pod)upadły Anioł #4 – Abiliri

    (Pod)upadły Anioł #4 – Abiliri

    (Pod)upadły Anioł Abiliri · część 5 z 9 Spis treści Następna →

    Anioły można zranić tylko w dwóch przypadkach. Pierwszym jest ich przyzwolenie, a drugim bycie chimerą. Tenebris dobrze wiedział kogo wysłać do walki z jednym z dwóch znanych mu Stróżów. Mimo wszystko ani on ani ja nie spodziewaliśmy się, że jednak nie umrę. Od jakiejś godziny obserwowałem uważnie jak czerwonowłosa dziewczyna kawałek po kawałku zjadała wielkie cielsko pokonanego przeze mnie potwora. Ba, nawet zabrała nóż z szafki jakby od zawsze wiedziała, że tam jest. Na domiar złego zgubiłem gdzieś moją broń, która powinna znajdować się pod okiem stwora. Tymczasem z kruka zostały już praktycznie same kości, a jej ani widu ani słychu.

    Sięgnąłem sprawną ręką po butelkę whisky leżącą na szafce obok, jak gdyby nic się tu przed chwilą nie stało. Płyn powędrował przez przełyk, dając rozgrzewające uczucie. Dziewczyna usiadła na ziemi obok po turecku i wyciągnęła rękę w kierunku flaszki.
    Pić mi się chce – usłyszałem w głowie i bez słowa podałem jej butelczynę. Czy Ty zdajesz sobie sprawę z tego jak trudno jest poskładać Anioła do kupy, żeby wszystko było ok i żeby się w trakcie nie przekręcił? – zabrzmiały słowa w mojej czaszce. Tsaaa, nie wiedziałem, że ktoś się tym jeszcze zajmuje… Tak przy okazji, to może się poznamy? Seraphim, jeden z ostatnich Stróży oraz prywatny detektyw, a Ty to…?
    Och, głuptasie, to przecież ja, Abiliri, znamy się tyle lat, a Ty mnie nie poznałeś?

    Czeeeekaj, ale jak to Abiliri?! Przecież dopiero co byłaś w oku tego stwora i.. BYŁAŚ TYLKO ZWYKŁYM MIECZEM.

    Głuptasie, przecież dopiero co czytałeś inskrypcję na moim boku. Może przyjrzysz się jeszcze raz, tym razem dokładniej. Spojrzałem na jej ramię, na którym widniał tatuaż układający się w te same słowa, które widziałem na klindze.
    O cholera, czyli to o moją krew chodziło…
    Usłyszałem nagły trzask drzwi na klatce schodowej i szybko zerwałem się z miejsca. W następnej chwili leciałem już na podłogę, a świat zniknął mi sprzed oczu.

    Następna część #5 — Potrzebne nam skrzydła
  • (Pod)upadły Anioł #3 – Chimera

    (Pod)upadły Anioł #3 – Chimera

    (Pod)upadły Anioł Chimera · część 4 z 9 Spis treści Następna →

    Moim oczom ukazał się stwór podobny do olbrzymiego kruka. Wielki, czarny dziób, dwoje równie ciemnych oczu wpatrujących się ślepo w miejsce, w którym się znajdowałem. Ok, rozwaliłeś mi drzwi, ale dlaczego nie atakujesz – pomyślałem. Odmieniec stał niewzruszenie w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowało się wejście do mojego mieszkania. Chcąc sprawdzić moją teorię rzuciłem w kierunku aneksu kuchennego jakiś kawałek metalu. Kruk niemalże natychmiastowo wystartował w tamto miejsce, kłapiąc dookoła swoim wielkim dziobem. No dobra, wysyłacie ślepego na dzień dobry. – powiedziałem sobie w duchu wykonując zamaszysty ruch klingą mojej wiernej broni. Pomimo idealnego ciosu, nawet nie zadrasnąłem piór stworzenia, a ono migiem szczęknęło dziobem tuż przed moim brzuchem.

    Na całe moje szczęście zachowałem resztki instynktu pomimo upływu lat i udało mi się wykonać unik. Nici z łatwej potyczki – pomyślałem i ponownie odskoczyłem, bo zwierzęca część stwora wyczuła już moją woń i boleśnie przeciągnęła końcówkami szponów po moim policzku. Przez chwilę zastanawiałem się, gdzie może znajdować się słaby punkt tej dziwnej chimery. Pod jej lewym okiem zauważyłem znak węża zjadającego samego siebie, jarzący się czerwonym blaskiem. Starając się zrozumieć, jak pokonać kruka, chwyciłem mocniej klingę Abiliri, jeszcze raz zerknąłem na jej wyszczerbione lekko ostrze, przygotowałem się do skoku i z impetem przeturlałem w przeciwległą stronę pokoju. Stworzenie początkowo nieświadome tego, gdzie się znalazłem, rozdziawiło teraz swój wielki dziób i ruszyło na mnie niczym wielka czarna pika składając go w czasie lotu. Lekko odchyliłem się w prawo, pozwalając stworowi na odjęcie mi lewej ręki, a następnie wbiłem ostrze aż po samą rękojeść pod jego lewe oko. Kruk łypnął na mnie jeszcze raz swoją czerwoną źrenicą, po czym upadł na podłogę, w gębie trzymając moją lewą rękę i… cholera, urwał mi całe ramię…

    Moja krew zaczęła sączyć się na podłogę w sekundę po potyczce. Słudzy Tenebrisa pewnie spodziewali się mojej śmierci w trochę inny sposób… Szkoda tylko, że nie ostrzegę Świeczki, że zaczęli już tworzyć chimery. W sumie Bóg wie ile ich jeszcze jest skoro tak była tak żywotna. Usiadłem na ziemi i zamknąłem oczy. Odpływając w stan nieświadomości usłyszałem we własnej głowie kobiecy głos… Ty idioto, jak mogłeś dać się tak zmasakrować…

    Następna część #4 — Abiliri
  • (Pod)upadły anioł #2 – Śledzony

    (Pod)upadły anioł #2 – Śledzony

    (Pod)upadły Anioł Śledzony · część 3 z 9 Spis treści Następna →

    Zamknąłem za sobą drzwi i padłem na łóżko. Z kieszeni płaszcza wyciągnąłem żeton, który dał mi Świeczka i obracając go w palcach zacząłem rozmyślać. Kto mógłby chcieć powrotu Tenebrisa? Z całą pewnością musi to być ktoś, kto wie o jego istnieniu, ale przecież poza mną i Luckiem wszyscy, którzy mieli jakąkolwiek wiedzę na ten temat powinni już dawno leżeć w grobie.

    Niegdyś byliśmy obrońcami tego świata. Anielska gwardia od samego początku stała na straży równowagi w Heliokardzie. Jako najstarsza, niemalże nieśmiertelna rasa zamieszkująca tę rzeczywistość, za punkt honoru postawiliśmy sobie ochronę tych, którzy powstaną po nas. Niestety, były to jedynie marzenia.

    Pomimo naszych wszelkich starań, każda z cywilizacji dążyła zawsze do samodestrukcji. Ferianici, Eskurianie, Kalderzy, nieważne jak się nazywali, zawsze kończyli tak samo. Zmiana nadeszła wraz z pojawieniem się ludzi. Jedynie oni potrafili w dobrym momencie zorientować się, że dążą do swojego unicestwienia. Dlatego też obiecaliśmy sobie ochraniać te wątłe istoty, których czas życia był dla nas jedynie drobnym punktem na linii czasu. Ludzie rodzili się, umierali. Niektórzy z nich nawet wpadali na całkiem niezłe pomysły, nazywali nowe odkrycia własnymi nazwami, na wszystko potrafili znaleźć odpowiedź. Krótko mówiąc, byli dla nas czymś nowym, wcześniej niespotykanym.

    Niestety Tenebris nie podzielał naszego optymizmu. Jego umysł zawładnięty mrocznymi częściami dusz nienawidził wszystkiego, co robili ludzie. Wszystkiego poza czynionym przez nich złem.

    Wyciągnąłem starą paczkę papierosów. Ostatni raz paliłem chyba z trzydzieści lat temu. W sumie nie wiem dlaczego rzuciłem, przecież dużo łatwiej mi się dzięki nim myśli. Oczyściłem tablicę korkową z materiałów z poprzedniego śledztwa i wbiłem na samym środku sporych rozmiarów czarną pinezkę. Sięgnąłem nieco głębiej w swoje wspomnienia i zacząłem wokoło przyczepiać pomniejsze wątki powiązane z Tenebrisem. Wielka wojna, śmierć moich towarzyszy, śmierć mojej siostry, zapieczetowanie Tenebrisa w innym wymiarze. Było tego o wiele mniej niż mi się z początku wydawało. Być może nie znam wszystkich wątków, które są mi potrzebne do rozwiązania tej zagadki.


    Za oknem przeleciało kilka gołębi. Lubiłem te ptaki, przypominały mi nieco o dawnych czasach, gdzie światem rządziły istoty podniebne. Wszystko było wtedy takie proste. Mój poważny nastrój został rozproszony przez cień, który przemknął gdzieś pomiędzy drzewami okalającymi niegdysiejszy pas startowy miejskiego lotniska. Jakim cudem nie wyczułem aury tego stworzenia? Przecież za każdym razem, kiedy w pobliżu pojawiał się jeden z pomiotów Tenebrisa przez moje skrzydła przechodził dosyć wyraźny dreszcz, zupełnie jak ładunek elektryczny. Tym razem jednak nie poczułem prawie nic… Prawie, gdyż wydawało mi się, że jednak rozpoznaję aurę bijącą od postaci między drzewami. Nie potrafię określić ile czasu to coś tam stało, ale akolitom udało się wreszcie odnaleźć moje małe sanktuarium.

    Minęło może z pięć minut zanim usłyszałem pierwszych Łowczych. Szkoda, przywykłem już do tego miejsca, było chyba jednym z najwygodniejszych, w jakich przyszło mi mieszkać na przestrzeni wielu lat. Przeszedłem do kuchni i sięgnąłem ręką do ukrytej szuflady wewnątrz piekarnika. Moja dłoń natrafiła na gładką, drewnianą rękojeść skrytą wewnątrz urządzenia. Abiliri, moja wierna towarzyszko, kopę lat się nie widzieliśmy. Moim oczom ukazała się wyszczerbiona klinga, na której widoczne były wyryte runy. Napis w starożytnym języku głosił : Jedynie przez przelaną krew obudzisz mnie ze snu. Nigdy nie zastanawiałem się nad sensem tych słów i zawsze wydawały mi się jedynie dziwnym sposobem na ozdobienie broni. Wiele razy przelewałem tą bronią czyjąś krew i nigdy nic specjalnego się z nią nie stało. Pomimo upływu lat ostrze nadal mieniło się w słońcu milionem barw lecz w tym momencie zaczęło niebezpiecznie przybierać kolor nocnego nieba co oznaczało, że napastnicy są coraz bliżej.

    Szybko zebrałem wszelkie poszlaki, które mogłyby mi pomóc w znalezieniu rozwiązania tej sprawy, ubrałem mój skórzany płaszcz i zapaliłem papierosa. Nim wypaliłem go do połowy, drzwi wyleciały z hukiem w powietrze…

    Następna część #3 — Chimera
  • (Pod)upadły anioł #1 – Tenebris.

    (Pod)upadły anioł #1 – Tenebris.

    (Pod)upadły Anioł Tenebris. · część 2 z 9 Spis treści Następna →

    Nie ma nic piękniejszego na świecie niż widok wschodzącego słońca nad morzem… No może oprócz dobrej whisky w moim ulubionym barze. Na szczęście znajdował się on dosyć niedaleko portu więc miałem do niego jakieś dziesięć minut drogi, a godzina wydawała się być idealna na szklaneczkę złocistego płynu. O tej porze w środku znajdowali się jedynie stali bywalcy i nie musiałem nikomu tłumaczyć się z kilku siniaków. Jedna myśl nie dawała mi jednak spokoju, kto jest na tyle odważny lub głupi żeby urządzić polowanie na anioła? Muszę zebrać w spokoju myśli…

    Starą Wojnę pamiętam jakbym stał własnie w samym środku pola walki. Dla ludzi było to tak dawno, że tylko nieliczni jeszcze wierzą w pradawne potyczki ze Złem. Większość z nich uznaje to za Legendę o powstaniu Heliokardu, nie mają zielonego pojęcia o tym, że istniał on już wiele tysiącleci przed narodzeniem się Tenebrisa – władcy Mroku. Ludzie są najnowszym nabytkiem tych ziem, pierwsi z nich pojawili się wraz z nastaniem Piątej Ery. Ery dla aniołów takich jak ja to nic innego jak nastanie rządów nowej rasy. Niektóre z ras same przypieczetowały swój los, mordując się wzajemnie, inne zaś były świadkami wielkich kataklizmów, które oczywiście ich zabiły. Pierwszymi „władcami” byli Eskurianie, lud o oczach czarnych niczym onyks. Jedni z najlepszych architektów świata. Potrafili podporządkować sobie wiele z tutejszych terenów i przekształcić na swoją modłę przy użyciu technologii. Jednym z ich największych dzieł były konstrukty – kamienne, drewniane i metalowe kolosy zdolne zarówno do budowania jak i niszczenia. To właśnie dzięki nim rasa ta w bardzo krótkim czasie stała się niemalże nieśmiertelna. W pewnym momencie Eskurianom zaczęło jednak brakować kryształów energii, które napędzały wszystko w ich świecie. Przyglądaliśmy się jak ich naukowcy próbują odnaleźć rozwiązanie. I niestety udało im się…

    Niestety, gdyż pomysł eskuriańskich uczonych był jednocześnie ich zgubą. Metoda odwrotną do tej, która ożywiała martwe materiały i tworzyła z nich konstrukty, zaczęto ekstraktować części duszy Eskurian, którzy zgłosili się na ochotnika, skuszeni ofertami z darmowym dostępem do pożywienia i dużą kwotą podaną w złocie. Wszystko szło świetnie, ale naukowcy musieli „jeszcze bardziej ulepszyć” swoje odkrycie. Jak się bowiem okazało, fragmenty duszy nie zawsze były w stu procentach czystą energią. Ogromny kryształ, w którym gromadzono pozyskane dusze zanieczyszczał się coraz bardziej z każdym dniem. Aby temu zapobiec starano się wymyślić metodę rozdzielającą dobrą energię od złej. Po wielu próbach, często przeprowadzanych na ochotnikach wreszcie udało się opracować proces filtracji. Od tamtego momentu w komorze energetycznej znajdowały się dwa ogromne kryształy, jeden zawierał czyste źródło mocy, drugi jedynie mroczne kłębowisko Eskuriańskich dusz. Co prawda społeczeństwo buntowało się przeciwko używaniu tej formy energii, ale nie dało się już wykorzystać niczego innego. Wszystkie złoża zostały już wyeksploatowane.

    Sytuacja zaczęła robić się niebezpieczna w momencie, w którym w mrocznym krysztale zaczęło brakować miejsca. Wycieki złej energii zatruwały przebywających w pobliżu pracowników. Po kilku dniach od zakażenia Eskurianie stawali się agresywni i nie reagowali na żadne bodźce, ich oczy zmieniały kolor z czarnego w krwistoczerwony, a żyły na ciele czerniały i stawały się bardziej widoczne. Po dwóch miesiącach wszystko się popsuło. Wtedy właśnie nastąpiła ewolucja zakażonych w stwory o niebywałej sile, potrafiące zmieniać swój kształt, agresywne i mające na celu tylko jedno – wyssanie do cna krwi z Eskurian.

    Eskurianie nie wiedzieli co robią. Widzieliśmy jak wiodą półprzytomnego asystenta do sali z kryształem, a następnie wpompowują całą mroczną energię w jego ciało. Ostatnim momentem całej Eskurii był wybuch mrocznej masy, z której wyłonił się ON – Tenebris.

    – Znowu rozmyślasz o przeszłości Raphaelu? – usłyszałem zza baru.

    – Świeczka? Co do kurwy nędzy robisz na powierzchni?

    – Ach, nic takiego, prowadzę kilka biznesów pod nazwą Demon’s Cave, śmieszne, co nie? A, no i proszę, od teraz możesz mi mówić Lucien, Lucien Lightbringer.

    – Czekaj, czyli cały czas przychodziłem do TWOJEGO baru!? No to pięknie… A chciałem się trzymać jak najdalej od mojego ostatniego brata, którego nie zabrała Ciemność.

    – Raph, proszę Cię, dobrze wiesz że zarówno Ciebie, jak i mnie nie można zarazić skażeniem. Jesteśmy odporni, o czym dowiedzieliśmy się już hariony lat temu, walcząc z Tenebrisem. Nie lubię wspominać tamtych czasów i nie naprzykrzałbym Ci się gdyby nie to, że ktoś chce sprowadzić go z powrotem zza Bramy.

    – Chyba sobie jaja robisz… Po tylu latach spokoju ktoś świadomie chce powrotu Ciemności? Rozumiem, że spokój trwa już bardzo długo, ale jaki w tym sens? No i jeszcze jedno ważne pytanie – skąd Ty o tym wiesz?

    – Będąc właścicielem sieci barów można dowiedzieć się o wiele więcej niż poprzez śledztwa Rafałku. A, właśnie, mam dla Ciebie prezent. Wiem, że bez kilku procentów we krwi źle Ci się myśli, z tym żetonem możesz pić za darmo w każdym moim barze. Ach, no i w każdym z nich znajdziesz także kogoś, kto Ci pomoże. Uznaj to za odpłatę za uratowanie mi życia…

    – Po pierwsze, nie nazywaj mnie Rafałkiem, starszy bracie. Po drugie, dzięki, ale nie wiem czy chcę skorzystać z Twojej diabelskiej oferty Lucienie, a może powinienem powiedzieć Lucyferze. – powiedziałem wkładając do kieszeni płaszcza żeton z wygrawerowanym nań pentagramem. – Jeszcze się spotkamy, mam nadzieję że wtedy razem się napijemy za sukces.

    Demon’s Cave, niegdyś moje ulubione miejsce do picia okazało się tak naprawdę jedną z wielu kryjówek łączących świat podziemia z powierzchnią, a tym samym królestwem Świeczki, Lucyfera, czy jak tam zwą go ludzie. W pewnym momencie poczułem na sobie czyjś wzrok, pomimo tego, że stałem pośrodku opustoszałego pasa lotniczego, w pobliżu którego znajdowało się moje lokum. Cóż, być może tylko mi się wydawało…

    Następna część #2 — Śledzony
  • (Pod)upadły Anioł – Prolog

    (Pod)upadły Anioł – Prolog

    (Pod)upadły Anioł Prolog · część 1 z 9 Spis treści Następna →

    Kiedy rankiem najpierw nadepnąłem na szkło pozostawione na podłodze po wczorajszej nocy, by następnie spaść ze schodów myślałem, że ten dzień nie może być już gorszy… Jak zwykle się myliłem, był to jedynie jego początek.
    Anioł – sranioł, nie czuję już ani krzty swojej niegdysiejszej mocy, kiedy to ścieraliśmy się z mocami Mroku, atakującymi Heliokard. 
    Będziesz najwspanialszym żołnierzem Raph– mówili – Pokonamy ich i w Heliokardzie nastanie pokój– mówili. Co z tego, że udało nam się pokonać odwieczne Zło jakieś hariony lat temu, skoro teraz nie ma nawet do kogo mordy otworzyć? Nikt nie przywróci do życia Arasata, Mercuna, ani żadnego z poległych w tamtych bitwach… Ehh … i znowu jakaś zwykła rana na nodze obudziła moje wspomnienia z dnia, w którym ledwie wygraliśmy. Kosztem tego była śmierć wielu braci z Zakonu Archaniołów. Niektórzy z nas jak Promyk założyli własną działalność, ale o nim lepiej nie wspominać zbyt często, bo jeszcze upomni się o złożenie mu wizyty w… jak to szło? Kotle? Piekle? Jakoś tak, ale mniejsza z tym. Trzeba wybrać jakieś zlecenie na dzisiaj… Kuźwa, akurat jak miałem odpalić laptopa ktoś musi pukać do drzwi? No dobra.

    – Pan Santi? – usłyszałem przez stare dębowe drzwi. 
    – Tak, we własnej osobie –odpowiedziałem. 
    – Mój pracodawca słyszał, że jest Pan podobno najlepszym prywatnym detektywem w mieście. W związku z tym chcielibyśmy zaproponować Panu pracę. Oczywiście nie muszę wspominać, że wynagrodzenie wystarczy Panu na pokrycie kosztów sprowadzenia złotych łez?
    Po tych słowach byłem pewny dwóch rzeczy. Po pierwsze: zlecenie pochodzi od jednego z rządzących miastem, a po drugie: nie ma mowy żebym odmówił.
    Pomimo, że zwykle unikam konfrontacji z elitą Noxu, tym razem oferta była zbyt kusząca. Już samo to, że mój aktualny zleceniodawca wspomniał o złotych łzach wystarczyło, żebym bez wahania podjął się tej pracy. Złote łzy to jedna z niewielu rzeczy, za które jestem w stanie poświęcić więcej niż zazwyczaj. Pozyskiwane od czasów starożytnych służyły nam, aniołom, do utrzymania naszych umysłów w ryzach. Przy zbyt długim czasie bez ich spożycia wielu z nas straciło rozum i często popełniało samobójstwa. Niestety, ilość źródeł, z których pozyskiwane są łzy została drastycznie zmniejszona – nikt nie wie dlaczego. Nie mogę pozwolić sobie na postradanie zmysłów… Nie w momencie, w którym Tenebris ma powrócić…
    Spojrzałem w lustro i zobaczyłem w nim wrak Anioła, którym kiedyś byłem. Długie, jasne włosy to jedyne, co pozostawało wiecznie niezmienne w moim wyglądzie. Zawsze proste, niemalże nieskazitelne nie licząc kilku rozdwojonych końcówek. 
    – No, z pięknego wyglądu byłoby na tyle – powiedziały do mnie czterodniowy zarost i szorstkie rysy twarzy. Wtórować zaczęły im wory pod oczami zupełnie, jakbym nie spał przez kilka lat. Ot, codzienny wygląd połowy z tutejszych prywatnych detektywów w wieku 35 lat. Tyle, że ja przeżyłem o wiele, wiele więcej. No nic, czas zabrać mój ulubiony brązowy płaszcz i kapelusz i wyruszyć w miasto…

    ◆ ◆ ◆

    Czy wspominałem już, że nie znoszę ludzi? Zawsze głośni, odwiecznie dążący do samodestrukcji, a na dodatek jeszcze próbujący wciągnąć w to gówno jak największą ilość osób, zanim sami utoną w jego nawale. Jadąc metrem na palcach jednej ręki mogę wyliczyć jednostki, które dążą do czegoś więcej aniżeli napełnienia swojego brzucha i zaspokojenia żądz. Zatopieni w odwiecznej rzeczywistości, zmieniającej się z sekundy na sekundę, w której ich życie to zaledwie minuta na zegarze świata. Niestety, żyjąc wśród nich nauczyłem się jedynej rzeczy, która może mnie zgubić – rutyny. To właśnie przez nią ląduję w sytuacji takiej, jak teraz…
    Zakradłem się tylnym wejściem, jak to zwykle miewam w zwyczaju. Niestety pech chciał, że tym razem wejście było strzeżone przez jakiegoś kuźwa ninja! Zanim zorientowałem się co się dzieje zostałem ogłuszony.
    Następną rzeczą jaką zobaczyłem był mężczyzna, na którego otrzymałem zlecenie… Tyle że byłem przywiązany do jakiejś sporej metalowej skrzyni.
    – Dobry wieczór Panie Santi! Spodziewaliśmy się Pana, ale nie sądziłem, że przyjdzie nam się spotkać aż tak szybko. Jak widać, nie lubi Pan próżnować! – przywitał mnie mój oprawca.
    – Cóż Panie Merton, spotkanie z taką osobistością jak Pan to sama przyjemność. Zwłaszcza w zaistniałych warunkach. Być może moglibyśmy się dogadać? – odparłem. 
    – Widzi Pan, Panie Raphaelu, niestety moi zwierzchnicy nie mogą sobie pozwolić na pozostawienie przy życiu osoby, która skutecznie likwiduje nasze fabryki opium. Chciałbym zostać nieco dłużej, ale obowiązki wzywają. Niech Pan pozdrowi swoich skrzydlatych kolegów w Niebie.
    A mogłem pomyśleć, że dzisiejszy dzień będzie już tylko lepszy…
    Trzeba przyznać, że sprzedawcy opium mogliby uczyć dobrych manier całą resztę tego zepsutego społeczeństwa. Zanim zostałem przedstawiony swoim oprawcom posadzono mnie przy stole z tajemniczym jegomościem i masą żarcia przede mną. Towarzysz mojego ostatniego w życiu posiłku był ubrany w zielony strój galowy, w jego wzroku wlepionym w znak na moim ramieniu zauważyłem lekką dozę niedowierzania, być może strachu ale ciężko było stwierdzić co tak naprawdę myślał gdyż podczas posiłku nie odezwał się ani słowem. Jak się okazało miał być moim katem w ramach swojej inicjacji w gangu…

    Egzekucja miała odbyć się w porcie miejskim, w mało uczęszczanej części gdzie zwykle zapuszczali się tylko najbiedniejsi mieszkańcy miasta w poszukiwaniu resztek z dostaw ryb. Trochę było mi szkoda biedaków, którzy jutro znajdą przy brzegu ciało. Nie chciałbym żeby któryś z nich przypadkowo zwrócił śniadanie, na które i tak ledwo mu starcza. Zielony jegomość kazał mi uklęknąć na końcu betonowej wysepki z kontenerami. Kiedy już zdjął z mojej głowy worek, moim oczom ukazał się przepiękny widok morza o wschodzie słońca. Szkoda umierać w tak pięknie zapowiadającym się dniu… Cóż, jego strata. Pomimo, że moje ręce zostały związane z tyłu na plecach, to nie uważałem się za najbardziej bezbronną istotę w tym opuszczonym przez Boga miejscu – no, może nie do końca opuszczonym, w końcu ja tu jestem. Zielony przystawił mi do skroni lufę pistoletu i pociągnął za spust. W okamgnieniu zorientował się, że coś jest nie tak. Kula po prostu odskoczyła, jak gdyby odbiła się od pancernej ciężarówki. 
    – Hahahahahahaha – zaśmiałem się na cały głos – Na serio nie zabrałeś ze sobą obsydianowych kul? Rozumiem, że nie jesteście jeszcze przeszkoleni, ale po zobaczeniu znaku na moim ramieniu powinieneś wiedzieć młodziku, że Anioła tak łatwo nie zabijesz ludzkimi sposobami. 
    Ciemnowłosemu młodziakowi odpłynęła z twarzy chyba cała krew i dalej nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał z moich ust. 
    – A-anioła? Ale… ale jak to. Przecież jesteście jedynie bajeczką, dawno zapomnianą legendą. Moja babcia opowiadała mi jak to w dawnych czasach podobno walczyliście z odwiecznym Złem – wyjąkał.
    – Niewiele się myliła Młody, a teraz bądź tak miły i odwiąż prawdopodobnie ostatniego żywego Stróża, jakiego zobaczysz w swoim życiu. 
    Ledwie wypowiedziałem te słowa, adept gangu przeciął więzy na moich nadgarstkach. Chyba dalej nie mógł uwierzyć w to, co go spotkało. 
    – Ciesz się młody, że już nie jestem taki porywczy jak w dawnych czasach. Prawdopodobnie byś już nie żył. A teraz porozmawiajmy na temat Twoich pracodawców…
    Z tego co dowiedziałem się z rozmowy, cała akcja miała na celu wyeliminowanie najlepszego prywatnego detektywa w mieście. Na moje szczęście jeszcze nikt nie odkrył mojej prawdziwej tożsamości. Koniec końców kolejny dzień rozpocząłem pięknym widokiem morza o poranku. A teraz czas na rozwalenie kilku gangsterów, którzy byli w to zamieszani i dowiedzenia się kto stoi za postawieniem na mnie celownika…

    Następna część #1 — Tenebris