Po wyjściu z klubu nie mogłem już zasnąć. Poszedłem na spacer wzdłuż doków. Zwykle pomagało mi to przemyśleć spokojnie moje dalsze decyzje. Usiadłem na krańcu zdezelowanej przez lata ławki i zacząłem przyglądać się bandzie kociaków walczących o rybią głowę. Niczym nie różnią się od ludzi, ciągle tylko wieczna walka o to, komu przypadnie większy kąsek – pomyślałem. Moją oberwację przerwało ciche chrząknięcie…
Rafałku, a nie uważasz, że powinniśmy coś zrobić albo gdzieś już iść w związku z tymi całymi skrzydłami? – zapytała Abiliri. Nieprzyzwyczajony do jej obecności omal nie podskoczyłem ze strachu. Czerwonowłosa wypuściła nosem potężny strumień powietrza, widocznie rozbawiona moim zachowaniem. A czy nie uważasz, że po wydarzeniach z ostatnich kilku dni chciałbym chociaż przez chwilę odpocząć i spokojnie pomyśleć? – odparłem. Zdecydowanie wolałem kiedy broń była jedynie bronią, a nie irytującym towarzyszem podróży. A, no i jeszcze jedno. Nigdy, przenigdy nie nazywaj mnie Rafałkiem… Po tej krótkiej konwersacji wróciła do stanu pierwotnego.
Wyjąłem z torby kawałek chleba, oderwałem trochę dla siebie, a pozostałości zacząłem rzucać ptakom gromadzącym się na niewielkim placu. Przejrzałem pojemnik jeszcze raz i po chwili znalazłem jeszcze jedno, wątpliwej jakości piwo. Na bezrybiu i rak ryba – pomyślałem i pośpiesznie otworzyłem butelkę. Po spożyciu tego jakże pożywnego śniadania ruszyłem w kierunku Archiwum.
Archiwum powstało w tym miejscu jeszcze przed założeniem miasta. Jego pierwszymi budowniczymi była rasa Ferianitów – bardzo zaawansowana technicznie, wykorzystująca występujące tu niegdyś złoża feronu jako energię do swoich maszyn, golemów i mniejszej feromancji. Owa sztuka pozwalała im na tworzenie niespotykanych wcześniej urządzeń i budynków. Niektórzy z obecnych ludzi nazwali by ją magią, ale tak naprawdę miała z nią niewiele do czynienia. Ferianici zamieszkiwali te ziemie w drugiej kolejności, kilkanaście harionów po stworzeniu Tenebrisa. Jedynymi pozostałościami po tej jakże interesującej społeczności były budynki i pozostała w nich starożytna wiedza. Do tej mieli dostęp jedynie ludzie, którzy całe lata swojego życia poświęcali studiowaniu ferianickiego języka. Zakon Złotej Lilii, jak sami o sobie mówili, od setek lat odszyfrowywał zapomnianą wiedzę Ferianitów. To dzięki nim w miastach pojawiła się energia elektryczna, a pojazdy mogły poruszać się samodzielnie. Zgromadzenie posiadało zatem ogromne wpływy w całym świecie Heliokardu poprzez bycie głównym dostawcą mocy i rozwiązań technicznych. Jego członków potocznie nazywano „magami”. Działo się tak dlatego, że nie można było zrozumieć prostym umysłem tego, co osiągali i czego użyczali innym.
Archiwum, tak jak i inne ferianickie budynki zostało zagarnięte przez Zakon i to głównie jego członkowie sprawowali nad nim pieczę. Na szczęście jeden z „magów” był bliskim znajomym, tudzież dłużnikiem Świeczki. Nie miałem więc problemu z wejściem do środka. Wnętrze zostało wykonane z czarnych, białych, złotych i zielonkawych kamieni. Dużą część ścian zdobiły mozaiki przypominające o latach świetności Ferianickiego Imperium Technologicznego. Można było na nich ujrzeć golemy, kryształy energetyczne, a także rury przesyłające skondensowaną manę, jak zwykli nazywać swoją energię ferianici.
Mógłbym zachwycać się tym w nieskończoność, ale nie po to wysłał mnie tu ukochany braciszek. Miałem poszukać informacji o Skrzydłach. Ruszyłem w kierunku biblioteki, gdzie znajdowała się większość zbiorów zwojów, ksiąg i umów handlowych składowana tu od zamierzchłych – według ludzi – czasów. Wszystko super, tylko jak mam znaleźć igłę w takim potężnym stogu siana? Od czego miałbym zacząć i jakich wskazówek szukać? Moje rozmyślania przerwało ciche szurnięcie miotłą. Co Pan taki zamyślony? Kibelka Pan szukasz czy jak? – zapytał, na moje oko, woźny. Nieee, skądże by znowu. – zaśmiałem się niezręcznie. Szukam informacji o pewnym starożytnym przedmiocie i nie bardzo wiem gdzie mógłbym rozpocząć poszukiwania. – dodałem. Hmm, pracuję tu od kilkunastu lat i zazwyczaj najłatwiej znaleźć taką informację w księgach handlowych. Tak, myślę, że właśnie tam znajdzie Pan interesujące Pana papiery. – powiedział niezbyt szybko, jak gdyby w trakcie rozmowy zastanawiał się co może mi powiedzieć, a czego nie. Podziękowałem staruszkowi i pośpiesznie ruszyłem w kierunku działu z rachunkami, księgami wieczystymi i innymi bzdetami.

Przejrzenie wszystkiego, co znajdowało się w „księgowości” graniczyło z cudem. Starzec niby od niechcenia zamiatał w pobliżu podłogę, jak gdyby sprawdzał, czy coś już znalazłem. Odłożyłem kolejny już zwój z zapisem sprzedaży ziół do pobliskiej apteki, kiedy kątem oka zauważyłem słowo w ferianickim oznaczające „śnieżnobiałe pióra”. Podniosłem pergamin i zacząłem czytać: Na pierwszy rzut oka możemy stwierdzić, że pióra te nie pochodzą od żadnych znanych nam zwierząt. Nie jesteśmy w stanie przyporządkować ich żadnemu gatunkowi w całym Heliokardzie. Nie wiadomo skąd się wzięły w naszym Archiwum, ale są to jedynie pojedyncze sztuki. Przesyłam Ci to śnieżnobiałe pióro drogi przyjacielu, ufając, że znajdziesz odpowiedź na nurtujące nas pytania. – reszta pergaminu była przypalona i podarta w wielu miejscach. Nie udało mi się zatem dowiedzieć niczego poza tym, że jedno z piór pojawiło się kiedyś w tym Archiwum i zostało tu przysłane z jakiegoś innego, o którym nikt z nas nie miał pojęcia. Starzec zerknął mi przez ramię na trzymany w rękach pergamin. O, znalazłeś list, który dostałem kiedyś od mojego dobrego znajomego wiele lat temu. Czyli intuicja mnie nie myliła, Ty też szukasz odpowiedzi na temat tajemniczych piór. Podobno po ich znalezieniu używane były do podpisywania najważniejszych traktatów pokojowych i handlowych pomiędzy miastami Heliokardu. – powiedział spokojnie. Czy wiesz skąd przysłano ten list? Czy to miejsce… to drugie Archiwum jeszcze istnieje? – zapytałem. Drugie Archiwum? Oj chłopcze, kiedyś to było coś o wiele potężniejszego niż obecne tu składowisko. Teraz? To jedynie krypta ukryta w górach…