(Pod)upadły Anioł – Prolog

Kiedy rankiem najpierw nadepnąłem na szkło pozostawione na podłodze po wczorajszej nocy, by następnie spaść ze schodów myślałem, że ten dzień nie może być już gorszy… Jak zwykle się myliłem, był to jedynie jego początek.
Anioł – sranioł, nie czuję już ani krzty swojej niegdysiejszej mocy, kiedy to ścieraliśmy się z mocami Mroku, atakującymi Heliokard. 
Będziesz najwspanialszym żołnierzem Raph– mówili – Pokonamy ich i w Heliokardzie nastanie pokój– mówili. Co z tego, że udało nam się pokonać odwieczne Zło jakieś hariony lat temu, skoro teraz nie ma nawet do kogo mordy otworzyć? Nikt nie przywróci do życia Arasata, Mercuna, ani żadnego z poległych w tamtych bitwach… Ehh … i znowu jakaś zwykła rana na nodze obudziła moje wspomnienia z dnia, w którym ledwie wygraliśmy. Kosztem tego była śmierć wielu braci z Zakonu Archaniołów. Niektórzy z nas jak Promyk założyli własną działalność, ale o nim lepiej nie wspominać zbyt często, bo jeszcze upomni się o złożenie mu wizyty w… jak to szło? Kotle? Piekle? Jakoś tak, ale mniejsza z tym. Trzeba wybrać jakieś zlecenie na dzisiaj… Kuźwa, akurat jak miałem odpalić laptopa ktoś musi pukać do drzwi? No dobra.

– Pan Santi? – usłyszałem przez stare dębowe drzwi. 
– Tak, we własnej osobie –odpowiedziałem. 
– Mój pracodawca słyszał, że jest Pan podobno najlepszym prywatnym detektywem w mieście. W związku z tym chcielibyśmy zaproponować Panu pracę. Oczywiście nie muszę wspominać, że wynagrodzenie wystarczy Panu na pokrycie kosztów sprowadzenia złotych łez?
Po tych słowach byłem pewny dwóch rzeczy. Po pierwsze: zlecenie pochodzi od jednego z rządzących miastem, a po drugie: nie ma mowy żebym odmówił.
Pomimo, że zwykle unikam konfrontacji z elitą Noxu, tym razem oferta była zbyt kusząca. Już samo to, że mój aktualny zleceniodawca wspomniał o złotych łzach wystarczyło, żebym bez wahania podjął się tej pracy. Złote łzy to jedna z niewielu rzeczy, za które jestem w stanie poświęcić więcej niż zazwyczaj. Pozyskiwane od czasów starożytnych służyły nam, aniołom, do utrzymania naszych umysłów w ryzach. Przy zbyt długim czasie bez ich spożycia wielu z nas straciło rozum i często popełniało samobójstwa. Niestety, ilość źródeł, z których pozyskiwane są łzy została drastycznie zmniejszona – nikt nie wie dlaczego. Nie mogę pozwolić sobie na postradanie zmysłów… Nie w momencie, w którym Tenebris ma powrócić…
Spojrzałem w lustro i zobaczyłem w nim wrak Anioła, którym kiedyś byłem. Długie, jasne włosy to jedyne, co pozostawało wiecznie niezmienne w moim wyglądzie. Zawsze proste, niemalże nieskazitelne nie licząc kilku rozdwojonych końcówek. 
– No, z pięknego wyglądu byłoby na tyle – powiedziały do mnie czterodniowy zarost i szorstkie rysy twarzy. Wtórować zaczęły im wory pod oczami zupełnie, jakbym nie spał przez kilka lat. Ot, codzienny wygląd połowy z tutejszych prywatnych detektywów w wieku 35 lat. Tyle, że ja przeżyłem o wiele, wiele więcej. No nic, czas zabrać mój ulubiony brązowy płaszcz i kapelusz i wyruszyć w miasto…

Miasto Nox to niebezpieczne miejsce. No chyba że jest się Aniołem detektywem, wtedy jest jeszcze gorzej…

Czy wspominałem już, że nie znoszę ludzi? Zawsze głośni, odwiecznie dążący do samodestrukcji, a na dodatek jeszcze próbujący wciągnąć w to gówno jak największą ilość osób, zanim sami utoną w jego nawale. Jadąc metrem na palcach jednej ręki mogę wyliczyć jednostki, które dążą do czegoś więcej aniżeli napełnienia swojego brzucha i zaspokojenia żądz. Zatopieni w odwiecznej rzeczywistości, zmieniającej się z sekundy na sekundę, w której ich życie to zaledwie minuta na zegarze świata. Niestety, żyjąc wśród nich nauczyłem się jedynej rzeczy, która może mnie zgubić – rutyny. To właśnie przez nią ląduję w sytuacji takiej, jak teraz…
Zakradłem się tylnym wejściem, jak to zwykle miewam w zwyczaju. Niestety pech chciał, że tym razem wejście było strzeżone przez jakiegoś kuźwa ninja! Zanim zorientowałem się co się dzieje zostałem ogłuszony.
Następną rzeczą jaką zobaczyłem był mężczyzna, na którego otrzymałem zlecenie… Tyle że byłem przywiązany do jakiejś sporej metalowej skrzyni.
– Dobry wieczór Panie Santi! Spodziewaliśmy się Pana, ale nie sądziłem, że przyjdzie nam się spotkać aż tak szybko. Jak widać, nie lubi Pan próżnować! – przywitał mnie mój oprawca.
– Cóż Panie Merton, spotkanie z taką osobistością jak Pan to sama przyjemność. Zwłaszcza w zaistniałych warunkach. Być może moglibyśmy się dogadać? – odparłem. 
– Widzi Pan, Panie Raphaelu, niestety moi zwierzchnicy nie mogą sobie pozwolić na pozostawienie przy życiu osoby, która skutecznie likwiduje nasze fabryki opium. Chciałbym zostać nieco dłużej, ale obowiązki wzywają. Niech Pan pozdrowi swoich skrzydlatych kolegów w Niebie.
A mogłem pomyśleć, że dzisiejszy dzień będzie już tylko lepszy…
Trzeba przyznać, że sprzedawcy opium mogliby uczyć dobrych manier całą resztę tego zepsutego społeczeństwa. Zanim zostałem przedstawiony swoim oprawcom posadzono mnie przy stole z tajemniczym jegomościem i masą żarcia przede mną. Towarzysz mojego ostatniego w życiu posiłku był ubrany w zielony strój galowy, w jego wzroku wlepionym w znak na moim ramieniu zauważyłem lekką dozę niedowierzania, być może strachu ale ciężko było stwierdzić co tak naprawdę myślał gdyż podczas posiłku nie odezwał się ani słowem. Jak się okazało miał być moim katem w ramach swojej inicjacji w gangu…

Egzekucja miała odbyć się w porcie miejskim, w mało uczęszczanej części gdzie zwykle zapuszczali się tylko najbiedniejsi mieszkańcy miasta w poszukiwaniu resztek z dostaw ryb. Trochę było mi szkoda biedaków, którzy jutro znajdą przy brzegu ciało. Nie chciałbym żeby któryś z nich przypadkowo zwrócił śniadanie, na które i tak ledwo mu starcza. Zielony jegomość kazał mi uklęknąć na końcu betonowej wysepki z kontenerami. Kiedy już zdjął z mojej głowy worek, moim oczom ukazał się przepiękny widok morza o wschodzie słońca. Szkoda umierać w tak pięknie zapowiadającym się dniu… Cóż, jego strata. Pomimo, że moje ręce zostały związane z tyłu na plecach, to nie uważałem się za najbardziej bezbronną istotę w tym opuszczonym przez Boga miejscu – no, może nie do końca opuszczonym, w końcu ja tu jestem. Zielony przystawił mi do skroni lufę pistoletu i pociągnął za spust. W okamgnieniu zorientował się, że coś jest nie tak. Kula po prostu odskoczyła, jak gdyby odbiła się od pancernej ciężarówki. 
– Hahahahahahaha – zaśmiałem się na cały głos – Na serio nie zabrałeś ze sobą obsydianowych kul? Rozumiem, że nie jesteście jeszcze przeszkoleni, ale po zobaczeniu znaku na moim ramieniu powinieneś wiedzieć młodziku, że Anioła tak łatwo nie zabijesz ludzkimi sposobami. 
Ciemnowłosemu młodziakowi odpłynęła z twarzy chyba cała krew i dalej nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał z moich ust. 
– A-anioła? Ale… ale jak to. Przecież jesteście jedynie bajeczką, dawno zapomnianą legendą. Moja babcia opowiadała mi jak to w dawnych czasach podobno walczyliście z odwiecznym Złem – wyjąkał.
– Niewiele się myliła Młody, a teraz bądź tak miły i odwiąż prawdopodobnie ostatniego żywego Stróża, jakiego zobaczysz w swoim życiu. 
Ledwie wypowiedziałem te słowa, adept gangu przeciął więzy na moich nadgarstkach. Chyba dalej nie mógł uwierzyć w to, co go spotkało. 
– Ciesz się młody, że już nie jestem taki porywczy jak w dawnych czasach. Prawdopodobnie byś już nie żył. A teraz porozmawiajmy na temat Twoich pracodawców…
Z tego co dowiedziałem się z rozmowy, cała akcja miała na celu wyeliminowanie najlepszego prywatnego detektywa w mieście. Na moje szczęście jeszcze nikt nie odkrył mojej prawdziwej tożsamości. Koniec końców kolejny dzień rozpocząłem pięknym widokiem morza o poranku. A teraz czas na rozwalenie kilku gangsterów, którzy byli w to zamieszani i dowiedzenia się kto stoi za postawieniem na mnie celownika…

Jedna myśl na temat “(Pod)upadły Anioł – Prolog

Dodaj odpowiedź do kerrou Anuluj pisanie odpowiedzi