Świeczka sięgnął ręką za bar i po chwili wyciągnął stamtąd plik dokumentów. Wyglądały na nieco stare, bo niektóre z kartek wydawały się być już w ostatnim stadium rozkładu. Nie mogąc w dalszym ciągu podnieść się z kanapy przez obolałe plecy, spojrzałem znacząco w kierunku brata.
Co to za sterta papierów? I jak niby ma nam pomóc odzyskać prawdziwe skrzydła? – zapytałem.
Cóż drogi braciszku, w czasie gdy ty chlałeś whisky i uganiałeś się za przestępcami udało mi się zlokalizować kilka miejsc, które być może doprowadzą nas do jakichś wskazówek na ich temat. – odparł.
I pewnie chcesz, żebym to ja za tym wszystkim latał w momencie, kiedy ty grzecznie będziesz siedział w swoim klubie? A sprawdziłeś chociaż jedno z tych miejsc czy mam iść na ślepo w każde z nich i liczyć na łut szczęścia?
Lucien uśmiechnął się tylko pod nosem i położył plik dokumentów na ławie przede mną. Nie mogąc w dalszym ciągu wstać, opadłem ponownie na kanapę i zasnąłem…
Poczułem wiatr na swojej twarzy. Gdy otworzyłem oczy, znajdowałem się przynajmniej kilkanaście kilometrów nad ziemią. Dawno już nie doświadczyłem tego uczucia, uczucia wolności, które eksplodowało w okolicy serca i niczym impuls elektryczny rozeszło się po całym ciele, wliczając w to także skrzydła. Obejrzałem się przez ramię i zobaczyłem dwie pary śnieżnobiałych, szeroko rozpostartych anielskich skrzydeł. „O cholera” – pomyślałem, po czym bez namysłu runąłem w dół. Do oczu napłynęły mi łzy, a na ustach pojawił się szeroki uśmiech. Lot, wolność, wiatr we włosach i słońce, które ponad wiecznie obecnymi nad Noxem chmurami było prawie niewidoczne. Wszystko wydawało się zbyt piękne. Gdy tylko spróbowałem ponownie wzbić się wyżej, zacząłem niekontrolowanie spadać w kierunku ziemi. Na sekundę przed upadkiem sen zakończył się jak gdyby nigdy nic…

Cholera, a więc jednak musi być coś w tych dokumentach skoro wróciło do mnie wspomnienie zapomnianych lotów. Wziąłem do ręki pierwszą, najcieńszą teczkę. W środku czekało na mnie kilka zdjęć, niektóre z nich, pożółkłe już, mogły mieć dobre kilkadziesiąt jeśli nie ponad sto lat. To właśnie na nich można było zauważyć długie, białe pióra w rękach jakichś biznesmenów podpisujących najwidoczniej ważne dokumenty. Dokładnie z takich piór składały się prawdziwe anielskie skrzydła, które utraciliśmy jeszcze przed postępem technologicznym wśród ludzi. To nie tak, że chcieliśmy je oddawać, zostaliśmy do tego niejako zmuszeni…
Kiedy wygnaliśmy Tenebrisa do innego wymiaru sądziliśmy że to koniec kłopotów. Niestety szybko okazało się, że mimo wszystko jego wpływów w całym Heliokardze nie sposób było nie zauważyć. Coraz częściej mówiło się o chorobie, która jak pasożyt przejmuje miasteczko po miasteczku. Zachodzące czarną wydzieliną oczy były pierwszym co spotykało zarażonego nieszczęśnika. Wraz z upływem czasu Czerń, bo tak nazwano tą przypadłość, roznosiła się po całym ciele, w końcu docierając także do mózgu i uśmiercając swojego nosiciela. Z pozoru… Po śmierci ciało zaczynało podrygiwać w pośmiertnym tańcu, łamiąc kości, zmieniając strukturę i budowę a w końcu pozostawiało z trupa coś zupełnie niepodobnego do człowieka. Istota używała złamanych kości jak ostrzy, którymi zabijała lub zarażała kolejnych. Właśnie dlatego wspomniałem o przejmowaniu kolejnych miejscowości. W niektórych z nich nie pozostała ani jedna żywa osoba i stały się mrocznymi cmentarzyskami, na których królowały Cienie. Choroba dopadała każdego z kim miała bezpośredni kontakt, nawet Stróżami.
Po raz kolejny musieliśmy stanąć przed wielkim zagrożeniem dla Heliokardu i wyjść z niego zwycięsko. Taka już nasza natura. Podczas pierwszych walk zauważyliśmy, że pomimo zranienia niektórych Stróży, infekcja zdawała się nie rozprzestrzeniać a wręcz znikać z powstałych ran. To uśpiło naszą czujność i spowodowało, że duża część z nas rzucała się w wir walki bez namysłu. Nasi kompani wracali niejednokrotnie mocno poranieni, ale rany za każdym razem zasklepiały się bez problemu. Skutecznie wyplenialiśmy zarazę Tenebrisa z naszych ziem, niemalże wypalając wszystko do gołej ziemi. Wszystko szło wspaniale, do czasu…
Po tygodniu pierwszy anioł spadł z przestworzy łamiąc sobie kark. Chwilę później usłyszałem brzęk zbroi tych, którzy do niego dołączyli. Przeszło dwudziestu Stróży leżało martwych w popiołach palonych miasteczek, Przez chwilę ciała leżały nieruchomo, po czym ich skrzydła zaczęły zmieniać swój kolor. Śnieżnobiałe, długie pióra zaczęły ustępować miejsca dziwnie sklejonym czarnym strzępkom tego, czym jeszcze chwilę temu były. Pierwszy z odmieńców podniósł wzrok i wtedy zobaczyliśmy spływającą z jego oczu czarną maź. Na czole żywego trupa pojawił się specyficzny znak, symbol Tenebrisa… Wszyscy przemienieni poderwali się do lotu w jednym momencie i z niebywałą szybkością zniknęli z naszego pola widzenia. Przez czas trwania całej Czystki, a także po niej już więcej ich nie zobaczyliśmy.
Ze względów bezpieczeństwa każdy Stróż musiał pozbyć się swoich Skrzydeł, a każdego, kto miał kontakt z zarażonymi zamknięto w podziemnych komnatach. Ból, który przeszył mnie gdy odcinano moje skrzydła pamiętam do dziś. Było to uczucie jakby ktoś wylał na moje plecy płynne żelazo a jednocześnie zrywał je ze mnie już po wystygnięciu. Przy każdym pociągnięciu noża wrażenie to powracało i nie dawało mi spokoju jeszcze przez kilka następnych lat. Wszystkie Skrzydła zostały ukryte w bezpiecznych miejscach, o których wiedzieli tylko nasi przywódcy. Niestety, w obecnych czasach jedynymi żywymi Stróżami jestem ja i Świeczka…
To nie tak, że nie rozumiem jak ważne jest znalezienie Skrzydeł, w końcu to w nich zgromadzona jest nasza energia dzięki której jesteśmy w pełnej gotowości bojowej, ale ich znalezienie będzie graniczyło z cudem zwłaszcza jeśli te zdjęcia są prawdziwe. Długie pióra, które na nich widać oznaczałyby, że to ludzie dorwali się do naszych krypt…