Anioły można zranić tylko w dwóch przypadkach. Pierwszym jest ich przyzwolenie, a drugim bycie chimerą. Tenebris dobrze wiedział kogo wysłać do walki z jednym z dwóch znanych mu Stróżów. Mimo wszystko ani on ani ja nie spodziewaliśmy się, że jednak nie umrę. Od jakiejś godziny obserwowałem uważnie jak czerwonowłosa dziewczyna kawałek po kawałku zjadała wielkie cielsko pokonanego przeze mnie potwora. Ba, nawet zabrała nóż z szafki jakby od zawsze wiedziała, że tam jest. Na domiar złego zgubiłem gdzieś moją broń, która powinna znajdować się pod okiem stwora. Tymczasem z kruka zostały już praktycznie same kości, a jej ani widu ani słychu.

Sięgnąłem sprawną ręką po butelkę whisky leżącą na szafce obok, jak gdyby nic się tu przed chwilą nie stało. Płyn powędrował przez przełyk, dając rozgrzewające uczucie. Dziewczyna usiadła na ziemi obok po turecku i wyciągnęła rękę w kierunku flaszki.
Pić mi się chce – usłyszałem w głowie i bez słowa podałem jej butelczynę. Czy Ty zdajesz sobie sprawę z tego jak trudno jest poskładać Anioła do kupy, żeby wszystko było ok i żeby się w trakcie nie przekręcił? – zabrzmiały słowa w mojej czaszce. Tsaaa, nie wiedziałem, że ktoś się tym jeszcze zajmuje… Tak przy okazji, to może się poznamy? Seraphim, jeden z ostatnich Stróży oraz prywatny detektyw, a Ty to…?
Och, głuptasie, to przecież ja, Abiliri, znamy się tyle lat, a Ty mnie nie poznałeś?
Czeeeekaj, ale jak to Abiliri?! Przecież dopiero co byłaś w oku tego stwora i.. BYŁAŚ TYLKO ZWYKŁYM MIECZEM.
Głuptasie, przecież dopiero co czytałeś inskrypcję na moim boku. Może przyjrzysz się jeszcze raz, tym razem dokładniej. Spojrzałem na jej ramię, na którym widniał tatuaż układający się w te same słowa, które widziałem na klindze.
O cholera, czyli to o moją krew chodziło…
Usłyszałem nagły trzask drzwi na klatce schodowej i szybko zerwałem się z miejsca. W następnej chwili leciałem już na podłogę, a świat zniknął mi sprzed oczu.